Drodzy Bracia i Siostry w Chrystusie!

Piotr Chryzolog - ojciec i doktor Kościoła, budowniczy kościołów, duszpasterz, wybitny kaznodzieja, biskup i święty Kościoła rzymskokatolickiego, którego służba przypadła na pierwszą połowę V w. powiedział: „na kazanie mały kwadrans mi wystarczy”. Jego sentencja stoi w ewidentnej sprzeczności z tradycją czasów Jana Sebastian Bacha, kiedy kazanie musiało trwać conajmniej godzinę. Dlatego już na wstępie obiecuję Państwu, że w żaden sposób nie jestem w stanie zadość uczynić wskazaniom Piotra z Imoli, ale też nie będę usilnie zabiegał o to, aby długością kazania dostosować się do zwyczajów epoki baroku w jego późnej fazie. Kaznodzieja, teolog owładnięty pasją głoszenia Słowa Bożego musi jednak zawsze uważać, aby jego pasja nie była przesadą i potrafić- nie tylko w tej kwestii- znaleźć złoty środek, przy pomocy umiaru, skromności i zdrowego rozsądku.

Znajduję przynajmniej trzy dominanty, żeby użyć języka muzyków, które chciałaby wyznaczyć treść dzisiejszego kazania. Są nimi: miejsce – Kościół św. Krzysztofa, czas – pierwszy dzień wiosny i dzień urodzin Jana Sebastian Bacha oraz liturgia, w tej formie odprawiana tutaj z pewnością po raz pierwszy od czasów zakończenia II Wojny Światowej w Europie.

Całość tego rozważania powinna znaleźć jakieś przynamniej krótkie odniesienie do Ewangelii mówiącej o wjeździe Jezusa do Jerozolimy.

Kościół to zawsze szczególne miejsce. Mówimy „nasz” kościół, ale on nigdy nie jest nasz w sensie prawa własności. Ten kościół jest oczywiście własnością parafii, ale to jeszcze nie decyduje o tym, czy kościół ów jest rzeczywiście nasz. On jest wtedy nasz, kiedy do niego chodzimy i mamy w nim miejsce, które zwykle zajmujemy podczas nabożeństwa. Podróżując przez Dolny Śląsk, jeszcze dziś napotkamy opuszczone lub zrujnowane wojną kościoły, których własność zapisana jest w starej Księdze Wieczystej, ale nie ma w nich żadnego życia i nie odbywa się żaden kult, bo nie ma zboru, nie ma ludzi przychodzących na modlitwę. Nie własność w sensie prawnym rozstrzyga więc o życiu danego budynku kościelnego i parafii, lecz ludzie, określani zwykle jako wierni, którzy przychodzą i swoim życiem wypełniają życie parafii.

Przynajmniej od 1267 roku na tym miejscu oddawana jest cześć Bogu Najwyższemu w Świętej i Niepodzielnej Trójcy. Najnowsze jednak badania eksponowane w Muzeum Miasta Wrocław cofają tę datę jeszcze o około 80 lat, co by oznaczało, że już około roku 1170 na tym miejscu stała kaplica pogrzebowa pod wezwaniem Marii Egipcjanki. Kaplica ta stała tuż za murami miasta. Z niej na ostatnią drogę na tej ziemi odprowadzano zmarłych mieszkających po za granicami miasta, czyli mieszkających wcześniej jakby na granicy, na styku dwóch światów: miasta i tego, co już miastem nie było, albo miastem jeszcze nie było.

To kapitalne zestawienia dla dalszej teologicznej refleksji. Kaplica pogrzebowa, czyli miejsce szczególnego spotkania dwóch rzeczywistości: doczesności i wieczności, umiejscowiona była na granicy miasta, chcąc jakby przez to jeszcze bardziej podkreślić fakt, że chrześcijanin za dni ziemskiego życia, żyjąc wiarą, żyje w podwójnej rzeczywistości: jedną z nich jest świat postrzegany zmysłami, drugą zaś jest to, w co wierzy i czego oczekuje z nadzieją. Zmarły też podlega dwóm światom: jest jeszcze tu, wśród nas, ale jest już też w innym świecie.

W relacji spotkania Jezusa z uczniami nad Morzem Tyberiadzkim ewangelista św. Jan zanotował, chyba intuicyjnie, kapitalną wiadomość. W czwartym wierszu 21 rozdziału czytamy: „A kiedy już było rano, stanął Jezus na brzegu; ale uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus”. Jezus spotyka się z uczniami na granicy dwóch światów, dając im jednoznaczną wskazówkę dotyczącą ich życia. Ich wiara będzie odtąd zawsze rozciągnięta pomiędzy „już” a „jeszcze nie”, będzie ucieleśnieniem, hipostazą tego, w co wierzą i czego się spodziewają. Ich życie będzie stale ocierało się o dwa światy stawiając ich często w sytuacjach granicznych. Spotkanie dwóch światów – boskiego i ludzkiego – zawsze ma też znaczenie eschatologiczne.

Taką historię i energię ma ten kościół poprzez swoją długą historię. Stojąc na granicy i zwiastując istnienie ludzkiej i boskiej rzeczywistości w tym świecie, poprzez odprawiany tutaj kult, praktycznie zawsze był kościołem dla mniejszości lub mniejszościowych środowisk: był kaplicą pogrzebową, od około 1410 kościołem cechu kuśnierzy, w czasach od Reformacji do połowy XIX był miejscem nabożeństw dla Polaków – ewangelików, którzy, głównie będąc kupcami, po załatwieniu swoich interesów mogli tutaj spotykać się na nabożeństwach. W drugiej połowie XIX wieku, aż do zakończenia II Wojny Światowej, św Krzysztof był również: Kościołem garnizonowym, uniwersyteckim, raz w miesiącu odbywały się tutaj, nabożeństwa dla głuchoniemych gdyż był jednym kościołem Wrocławia wyposażonym w aparaturę odsłuchową dla głuchoniemych.

Po wojnie spłonął wraz z całym wyposażeniem. Ocalał tylko stojący we wnęce na zewnętrznej ścianie św. Krzysztof- drewniana figura z XIV wieku, osłonięta cudownie ręką Boga, jak Mojżesz stojący w rozpadlinie skalnej, kiedy chwała Pana przechodziła przed nim.

W roku 1958 Św. Krzysztof staje się tymczasowym miejscem nabożeństw dla ewangelickiej mniejszości niemieckiej, która po wydarzeniach po roku 1945 znalazła się w granicach Państwa Polskiego. Mniejszość w mniejszości. Ewangelicy i jeszcze do tego Niemcy, których resztki niechętnie tolerowano w tamtych czasach na tutejszych ziemiach.

I cóż robią ci Niemcy, kiedy ucichły strzały i miasto próbowało powoli podnieść się do życia. Otóż szukają miejsca, gdzie można odprawić jakiekolwiek nabożeństwo. O organach, kantorze, księdzu nie było nawet mowy. Znajdują ocalałą po bombardowaniach salę konfirmacyjną w Kościele Marii Magdaleny i ze Śląskim ewangelickim śpiewnikiem w ręku, którego egzemplarze leżą na stoliku pod ścianą, zaczynają się modlić i śpiewać, bo wtedy, w tamtych czasach, tylko to im pozostało.

W ten sposób do naszych czasów przetrwała w tym mieście i w tym kościele liturgia kościoła unijnego na Śląsku w pełnym wymiarze. Jesteśmy jedynym miejscem na świecie, gdzie do dziś, regularnie ta liturgia jest sprawowana w oryginalnym języku, z użyciem oryginalnego śpiewnika, zatwierdzonego do użytku w roku 1908 przez Synod dla Prowincji Śląskiej i wydanego przez Królewski Konsystorz we Wrocławiu.

Dlatego bez wahania wyraziłem nie tylko gotowość, ale i radość z możliwości odprawienia dziś tego nabożeństwa w liturgii z czasów Bacha. Bo przecież unijna liturgia nie wzięła się z powietrza, tylko jej korzenie tkwią w liturgii zreformowanej przez Marcina Lutra, który jak samo słowo „reforma” wskazuje, nie stworzył nowej liturgii, lecz zmienił liturgię swoich czasów i dziś, w ocenie wielu rzymskokatolickich teologów, trzeba powiedzieć, obszedł się z rytem rzymskim o wiele łagodniej niż II Sobór Watykański.

Przeżywana dziś wspólnie w tym miejscu luterańska Msza Św. jest sięgnięciem do przeszłości w celu ubogacenia się świadomością wspólnego dobra kościelnej liturgii. Nieżyjący dziś malarz i rzeźbiarz Franciszek Andrzej Bobola Biberstein-Starowieyski herbu Biberstein, brat znanego księdza Marka Starowieyskiego, zwykł mawiać: Kto nie zna nazwiska panieńskiego swojej prababki ze strony matki jest niechlujem.

Możemy zaryzykować stwierdzenie podobne: kto będąc chrześcijaninem nie zna historii swej liturgii i znaczenia elementów, znaków i symboli w liturgii występujących jest …..

Drodzy Bracia i Siostry!

Być może nie wszyscy z Was wiedzą, że pochodzę z Cieszyna, ale dziś wyjątkowo w kazaniu nie będzie mowy o Najjaśniejszym Panu Franciszku Józefie, cesarzu Austrii i Księciu Cieszyna.

W czasach Kontrreformacji ewangelicy w księstwie Cieszyńskim, pozbawieni do roku 1709 własnych kościołów, spotykali się w lasach. Co jakiś czas odkrywane jest gdzieś w Beskidach nowe miejsce, gdzie spotykano się na nabożeństwach, które oczywiście były surowo zakazane. Nabożeństwa te nazywano „nabożeństwami przy kamieniu”. Jak mogło odbywać się takie nabożeństwo? Jestem przekonany, że prawie w absolutnej ciszy, bo przecież w górach, w lesie, głos słychać na kilometr. Nie było więc kazania, nie było śpiewu, był kamień pełniący rolę ołtarza i sprawowano liturgię eucharystyczną w milczeniu, lecz każdy, wcześniej pouczony, wiedział i dokładnie znał symbolikę poszczególnych znaków i gestów. Liturgia to język znaków. Dlatego prześladowani, z całą pewnością obecni tam byli również moi przodkowie , budowali w lasach nie ambony tylko ołtarze i intuicyjnie pokolenie pokoleniu przekazywało proprium chrześcijańskiej wiary włąsnie w liturgii, według znanej zasady lex orandi-lex credendi. Dlatego w liturgii udział biorąc nie muszę usłyszeć wyraźnie wszystkich wypowiadanych przez celebrującego słów, muszę znać znaczenie języka znaków liturgii.

Prawosławni bracia robiąc znak krzyża łączą trzy palce a pozostałe dwa pozostają oddzielone, wskazując w ten sposób na Trójcę Św. i dwie natury Chrystusa, boską i ludzką.

Dlatego chylę moje czoło w szczerej wdzięczności dla wszystkich Państwa, drogie Siostry i Bracia, za ogrom pracy i trud włożone w przygotowanie tego nabożeństwa dla nas wszystkich tu zgromadzonych. My, ewangelicy, mamy wyjątkową sposobność zapoznać się z naszym autentycznym dziedzictwem, które po drodze gdzieś się zagubiło, a które jest niezwykle ważne, bo pokazuje nam jak blisko stali katolicy i luteranie w liturgii jeszcze 250 lat temu!



Chciałbym teraz kilka słów powiedzieć o Bachu. Cóż można dodać do tego, co wiem? Zbigniew Wodecki śpiewał kiedyś: „Zacznij od Bacha, gdy słońce na dachach”. Muzyka należy do liturgii, również do liturgii godzin. Przygotowując się do dzisiejszego nabożeństwa w pewnej chwili przyszedł mail o treści:

Witam serdecznie,

„Jestem dawną chórzystką ,wiele lat temu śpiewałam w Akademickim Chórze. Obecnie wraz z grupa ok 15 przyjaciół w wieku 40-50 lat postanowiliśmy, że wrócimy do wspólnego śpiewania. Mamy wspaniałą Panią dyrygent, która zgodziła się z nami pracować i różnorodny repertuar. Niestety wciąż poszukujemy jakiejś sali na próby i patrona. Dlatego tez chciałam się zapytać księdza proboszcza czy w parafii przy ul. Partyzantów znalazłoby się jakieś pomieszczenie, która moglibyśmy raz w tygodniu wykorzystać na próby. W zamian moglibyśmy w miarę potrzeby śpiewać na uroczystościach religijnych w parafii. Szczęść Boże”

Odpisałem:

„Śpiewu nigdy nie jest za dużo. Nie wychowamy sensownego społeczeństwa bez zaangażowania obywateli w przedsięwzięcia obywatelskie”.

Nie wiem ile płyt CD posiadamy wraz z moją Żoną, bo tego nikt już nie jest w stanie policzyć. Wszystkim Państwu życzę takiego partnera czy partnerki, która/który po 25 latach niełatwego związku, bo życie z duchownym nigdy nie jest łatwe, dalej będzie w stanie zachwycać się muzyką. Moja Żona od pewnego czasu analizuje muzykę Bacha i jego wariacje Goldbergowskie wykonywaną przez Glena Goulda twierdząc, że nigdy chyba nie zrozumiemy, co Bach zawarł w tej muzyce, a na horyzoncie muzycznym już pokazuje się Brahms, za którego ja, 20 lat temu, nie dałbym złamanego szeląga.

I dwa zdania na temat ewangelii Wjazdu Jezusa do Jerozolimy. Polecam książkę Benedykta XVI „Jezus z Nazarethu”, napisaną dla każdego chrześcijanina, w której papież przepięknie analizuje to wydarzenie. Gdyby taka scena miała miejsce dziś, gdziekolwiek w naszym kraju, ekolodzy byliby wzburzenii dewastacją środowiska naturalnego przez ścinanie gałązek drzew, organizatorzy byliby oskarżeni o zakłócenie porządku publicznego, miłośnicy zwierząt analizowaliby kondycje osiołka i słali apele do Unii Europejskiej z pytaniem ile może ważyć mężczyzna jadący na osiołku, źrebięciu oślicy i jaki może przebyć dystans z takim obciążeniem. Ludzie wyścielający drogę swoimi szatami byliby z pewnością grupami odwożeni do miejsc odosobnienia.

Ale mało kto dziś pamięta, że to wołanie wiwatujących przetrwało w naszej liturgii. Ono też później zmieniło się w wołanie „Ukrzyżuj”. To obraz nas samych. Czasami szybko się czymś zapalamy, ale ten ogień potem szybko gaśnie. Brak nam wytrwałości. Żyjemy w czasach szybkich i głośnych. Kto szybszy i głośniejszy w przekazie, mówieniu, gadaniu, zmyślaniu i kłamaniu, ten dziś ma szanse być zauważony. A Jezus jedzie na osiołku. Znowu widzimy naszego Pan w sytuacji skrajnej, która ma nam coś powiedzieć. Znowu z czegoś, co zaczęło się skromnie, na obrzeżu stolicy, w Betlejem, na peryferiach wielkiej monarchii pośród beskidzkich lasów lub w zniszczonej zakrystii Marii Magdaleny pokrytej kurzem i rozbitymi sprzętami, Bóg, jeśli zechce, może uczynić rzecz nie tyle wielką, co ważną, potrzebną, dającą nadzieję, że jednak prawdą są słowa:

„W ciszy i zaufaniu będzie wasza moc”. Przed nami sporo pracy, przed muzykami też, przed każdym z nas. Thomas Merton tak o tym pisze: Prawdziwa praca, to kłaść podwaliny pod głęboką przemianę serca całego narodu, tak by pewnego dnia mógł rzeczywiście przejść metanoię, której potrzebujemy, by świat żył w pokoju. Chrześcijanie muszą na nowo odkryć prawdę, że Krzyż jest znakiem życia, odnowy, afirmacji i radości, a nie śmierci, ucisku, negacji i odmowy życia. Nie wolni nam odrzucać opatrznościowych okazji przychodzących do nas pośród ciemności”.

Amen

źródło : http://www.stchristophori.eu

 

comments