Niedawno w „Polityce” ukazał się artykuł „Protestanci protestujcie!” autorstwa ks. Kazimierza Bema, reformowanego teologa, pastora liberalnego United Church of Christ, i Jarosława Makowskiego, rzymskokatolickiego teologa, lewicowo-liberalnego publicysty. Tekst napisany jest w dość buńczucznym tonie. Już na wstępie autorzy sięgają po retorykę wykluczenia. Dzielą mianowicie wiernych Kościołów wywodzących się z Reformacji na „protestantów” i „nie-protestantów”. Jak dokonują takiego podziału ?

Otóż autorzy zdają się zakładać, że protestantyzmu nie definiuje sola Scriptura, sola fide, sola gratia, solus Christus, soli Deo gloria oraz teologia Ksiąg Wyznaniowych, która, wedle autorów, jest dziś anachroniczna i nakłada tylko uciążliwe „więzy”. Zamiast tego proponują budowanie protestanckiej tożsamości na pozytywnym stosunku do  takich kwestii jak in vitro oraz ordynacja kobiet i aktywnych homoseksualistów na duchownych. Wierni zatem podzieleni zostali w zasadzie wedle klucza politycznego - nie konfesyjnego. Tych, którzy nie podzielają lewicowo-liberalnych poglądów autorów, stygmatyzują oni mianem „kryptokatolików”. Jednym władczym gestem umieszczają swoich przeciwników w piekle, niczym onegdaj Dante. Do jednego kotła wrzucają zarówno rzymskich katolików, luterańskich i kalwińskich ortodoksów, jak i konserwatywnych baptystów i zielonoświątkowców. Kto nie hasa na „paradach równości”, wyrażając czynnie poparcie dla praw gejów, oraz nie gardłuje za in vitro, podczas „manif”, nie jest - zdaniem autorów, godny miana protestanta - anathema sit.

Autorzy racją forsowania swoich poglądów czynią wolność chrześcijańską, prawo indywidualnej interpretacji Biblii i zasadę powszechnego kapłaństwa wiernych. Jak wydają się jednak je pojmować? Biorąc pod uwagę propagowane opinie, „wolność ewangeliczną” zadają się rozumieć za F. Nietzschem permisywnie, jako „formułę libertynizmu”, która pozwala na rozpętanie najgorszych instynktów i wszystko usprawiedliwia. Natomiast prawdziwa „wolność chrześcijańska” wedle Marcina Lutra nie jest swobodą czynienia co się komu żywnie podoba. Jest wolnością od Prawa, ale nie przeciw Prawu. Wolnością osobistego, niezapośredniczonego spotkania z Bogiem w Chrystusie i doświadczenia Łaski, która niesie spontaniczność czynu miłości bez oglądania się na zasługę. Tutaj też, a nie w dążeniu do emancypacji jednostki i niwelowania różnic społecznych, ma swoje źródło reformacyjne położenie nacisku na powszechne kapłaństwo wiernych.

W tym doświadczeniu Łaski, które jest otwarciem na uświęcające  działanie Ducha Św. zakorzenia się lektura Biblii. Indywidualna lektura nie oznacza bowiem całkowitej dowolności interpretacji. Pismo w Duchu było pisane i w Duchu winno być odczytywane. Autorzy zdają się przypominać, że idea powszechnego kapłaństwa implikuje odebranie władzy interpretacji hierarchii i przekazanie jej wszystkim wiernym. To prawda. Jednak indywidualna interpretacja Pisma Św. ma sens, o ile traktuje się je w całości jako natchnione Słowo Boże, uznaje jego nieomylność oraz przyjmuje hermeneutyczne zasady, że samo w sobie jest jasne i samo siebie wyjaśnia. Jedynie wówczas jest ono dla nas autentyczną drogą do poznania Chrystusa. Natomiast gdy uważa się Biblię li tylko za historyczny dokument, wyrażający w aspekcie kulturowym, socjalnym i genderowym zdeterminowaną wiarę jej autorów, oraz interpretuje ją przez pryzmat świeckich filozofii - jak marksizm, feminizm i queer, uznając za wartościowetylko fragmenty wspierające dążenia emancypacyjne, dochodzi do dezinterpretacji i nadużyć. Wówczas to nie Duch Św. jest właściwym interpretatorem Pisma, ale „duch czasu”, który bywa „księciem tego świata”.

Biblia nie jest jedynie świadectwem tego, jak niektórzy Żydzi interpretowali swoje niejasne doświadczenia religijne - zatem nie musi być dla nas miarodajna, ale jest autorytatywnym Słowem Boga skierowanym do człowieka w każdym czasie i w każdym miejscu. W Biblii przemówił Bóg, by w ten sposób stała się ona „przestrzenią”, gdzie człowiek może spotkać się z Chrystusem Zbawicielem. Wynosi to co prawda autorytet Księgi ponad autorytet urzędu kościelnego, ale czy daje prawo do całkowicie dowolnej interpretacji Pisma Św.? Na to nie może pozwolić sobie żadna wspólnota, o ile ma pozostać Kościołem, a nie przekształcić się w zbiorowisko iluministów, którzy Pismo Św. „wykręcają [...] i przekręcają według własnego upodobania” (Artykuły Szmalkaldzkie), czy luźne stowarzyszenie miłośników literatury biblijnej. Czyż M. Luter nie sprzeciwiał się  „marzycielom” a J. Kalwin „entuzjastom”, którzy poniżali Pismo Św. oraz dawali pierwszeństwo swojemu indywidualnemu i subiektywnemu doświadczeniu? By tego uniknąć, kierunek interpretacji Biblii wyznaczają Księgi Wyznaniowe, które stanowią zobowiązujący wykład doktryny biblijnej, z Pisma Św. wywiedziony i poddany jego osądowi, by w Kościele można było, wedle słów Konfesji Augsburskiej, „wiernie nauczać Ewangelii”. Pismo Św. nie „podlega dowolnemu wykładowi” (2 P 1: 20), jego prymarnym autorem i interpretatorem jest Duch Św., który co prawda uświęca każdego z osobna wiernego, ale czyni to w Kościele, m. in., jak powiada M. Luter w Dużym Katechizmie, rodząc go i karmiąc Słowem Bożym. Wszelkie więc propozycje zmian, np. w zakresie posługi Słowa i sakramentów, powinny być ocenianie, jak zaleca 1 J 4:1, w Duchu przez wiernych według zwiastowanego w Kościele Słowa Bożego, które decyduje o kształcie chrześcijańskiej wspólnoty. Jeśli owe propozycje takiej konfrontacji nie wytrzymują, o czym na ogół świadczy to, że nie zyskują powszechnej aprobaty, muszą być odrzucone. Ich forsowanie wbrew temu i dążenie do kreowania w oparciu o nie obowiązującej dla wszystkich normy może prowadzić, i jak pokazało w ostatnich czasach doświadczenie wielu Kościołów protestanckich prowadzi, do rozłamów.

Kiedy autorzy powołanego artykułu mówią o Reformacji jako „zawsze niedokończonym projekcie”, domyślnie przywołując zasadę Ecclesia reformata et semper reformanda - to drugiej części, secundum Verbum Dei, dają swoistą, progresywistyczną wykładnię. Widzą więc w tej zasadzie zachętę do relatywizowania orędzia biblijnego w aspekcie teologicznym i etycznym względem wciąż zmieniającego się kontekstu historyczno-kulturowego. W myśl tego co piszą, Kościół ma się reformować nie tak, aby wykorzystywać wszelkie środki, jakie daje kultura danego czasu dla skutecznego zwiastowania upadłemu człowiekowi niezmiennej Ewangelii o zbawieniu w Chrystusie, jak to zalecali już Orygenes i Augustyn, alegorycznie interpretując „złupienie Egipcjan” podczas Wyjścia jako przejęcie tego, co „zdolne do współbrzmienia z prawda”, a odrzucenie tego, co „zwodnicze”. Ale tak, by teologia i struktury Kościoła zostały przekształcone w oparciu o wytyczne filozofii i ideologii „opartych na podaniach ludzkich” (Kol 2: 8), często dziś wprost wrogich chrześcijańskiemu kerygmatowi, albo rewindykujących gnostyckie mitologie i pogańskie kulty. Teologiczne propozycje progresywistów to w konsekwencji często synkretyczny misz-masz religijny, gdzie ewangeliczny kerygmat ulega zatraceniu, zaciera swoją wyjątkową tożsamość i staje się tylko jedną z równoważnych propozycji na postmodernistycznym targowisku idei. Na gruncie takiego liberalnego rozmycia nie da się już przepowiadać prawdy o Jezusie Chrystusie, jedynym Panu i Zbawicielu. Bo taki ostatecznie efekt przynosi mieszanie chrześcijaństwa, czy to z kultami pogańskich bogiń, co proponują radykalne feministki, czy szamanizmem, co uskutecznia np. episkopalny teolog M. Fox. Niewiele to „przyjazne” chrześcijaństwo ma wspólnego z czystą Ewangelią, o którą walczyli Reformatorzy, ale raczej kojarzy się ze zbezczeszczoną świątynią, którą ujrzał w swej wizji prorok Ezechiel. Supremacja Ewangelii została zastąpione jej subordynacją. Miast wsłuchiwać się  w biblijne orędzie, progresywiści zadają się posyłać Jezusa do szkół, w których nauczają Marks, Nietzsche, Freud, feministki, newagerzy i teoretycy queer. Tymczasem to właśnie ocenie i osądowi Słowa, jak podkreśla Formuła Zgody, „wszystkie nauki” i „wszyscy nauczyciele” mają być poddani.

K. Bem i J. Makowski, mówiąc o „odwadze bycia [...] protestantami”, wydają się wtłaczać Reformację w jakiś rewolucyjny schemat. Dla nich „protestanci” muszą być buntownikami. Tymczasem M. Luter i J. Kalwin chcieli zreformować Kościół, a nie go burzyć. Widzenie w nich, oraz w ich współczesnych zwolennikach, jakichś buntowników, to zaakceptowanie punktu widzenia ówczesnego papiestwa, które rościło sobie prawo do władzy absolutnej, zarówno w sferze duchowej, jak i świeckiej, oraz przyjęcie perspektywy części rzymskokatolickiej historiografii. Natomiast z punktu widzenia Reformacji, to Kościół rzymski oddzielił się od reformy.XVI-wieczni reformatorzy nie zamierzali też wywoływać jakieś rewolty kulturowej, jak to starały się wykazywać oświeceniowe narracje o emancypacji jednostki, czy rewolucji społeczno-ekonomicznej, do czego redukowali Reformację F. Engels i idący za nim marksiści. Na ogół historycy wskazują na pewne oddziaływanie idei reformacyjnych na  proces przebudowy porządku społecznego i struktury ekonomicznej, ale  dokonywało się to niejako wtórnie, bo nie należało do założeń odnowy Kościoła chrześcijańskiego, który, jak słusznie podkreśla K. Barth, nie jest ani monarchią, ani demokracją, bo w nim „rządzi jeden Jezus Chrystus [...] w swym słowie przez Ducha Świętego. Rządy kościelne identyczne są zatem Pismu Świętemu, świadczy ono bowiem o Nim”.

Reformacja była w sensie religijnym ruchem konserwatywnym, a nie progresywnym. Była rekonstrukcją autentycznego Kościoła pierwszych wieków, odnową ufundowaną na ponownym odkryciu, zasypanego stosem traktatów filozoficzno-teologicznych i kodeksów prawa kanonicznego, kerygmatu Ewangelii o miłosiernym Bogu, który usprawiedliwia grzesznika z łaski przez wiarę w zbawcze dzieło Jezusa Chrystusa.

Czy dziś jest podobnie? Otóż nie. Ruch jest przeciwny. Proste orędzie Ewangelii zasypywane jest na powrót wytworami egzegetycznej dezynwoltury, wykorzystującymi kontekst historyczno-kulturowy, w jakim powstała Biblia, nie dla głębszego zrozumienia, ale podważania jej nauczania, oraz spekulacjami dogmatycznymi, inspirowanymi teoriami świeckich filozofii i ideologii.

Jeśli dziś protestanci mają protestować, to właśnie przeciw takiej kontekstualizacji Ewangelii, jaką proponują za progresywistami autorzy. Bowiem wiedzie ona do zastąpienia biblijnego kerygmatu projektami społecznymi, co przekształca Kościół w agendę określonej opcji politycznej. To podporządkowanie ideologii przyczynia się z kolei wydatnie do nadużyć egzegetycznych, teologicznych, liturgicznych i moralnych.

W wyniku takiego zideologizowania i upolitycznienia władze niektórych Kościołów protestanckich zachowują się despotycznie, całkiem „po rzymsku”. Przykładem może służyć blokowanie ordynacji i odsuwanie tych, którzy są przeciwnikami liberalnych wypaczeń w Kościele Szwecji, albo nie uwzględnianie w Kościele Anglii życzeń tych, którzy, przeciwni ordynowaniu kobiet, chcieli by mieć alternatywną, zgodną z ich przekonaniami, jurysdykcję. Tak rozumiana kościelna „demokracja” zaczyna przypominać niebezpiecznie „demokrację” ludową, gdzie każdy ma prawo do wyrażania swoich poglądów, o ile są to poglądy zbieżne z przyjętą linią polityczną.  Że przy wprowadzaniu nowinek kościelna „demokracja” już nie działa, świadczy historia forsowania ordynacji kobiet w Kościele Szwecji w atmosferze politycznych gróźb i nacisków, co powtarza się na naszych oczach w Kościele Anglii, gdzie już dąży się do ominięcia decyzji Synodu Generalnego Kościoła Anglii, który nie zezwolił, by ordynowano panie na biskupki. Jeśli gdzieś szukać „kryptopapizmu”, to chyba w tych władczych gestach i intryganckich działaniach, w których kryje się intencja narzucania liberalnego wykładu Pisma przemocą.

Tak więc, wbrew temu, co sugerują K. Bem i J. Makowski, odwagi dziś wymaga nie tyle propagowanie ideologii lewicowo-liberalnej, która wspierana jest często przez władze państwowe, regulacje prawne, opiniotwórcze media, instytucje edukacyjne, ale jej kwestionowanie. Choćby w tak ograniczonej formie, jak niedopuszczanie do wprowadzania nowinek nią inspirowanych w Kościołach chrześcijańskich. Przekonał się o tym dotkliwie zielonoświątkowy pastor Åke Green, który za to, iż w swoim kazaniu spróbował wyłożyć, co ma do powiedzenia o homoseksualizmie Biblia, był ciągany w Szwecji po sądach. Nie jest to bynajmniej odosobniona sprawa, o czym świadczą raporty Observatory on Intolerance and Discrimination against Christians. Np. w Wielkiej Brytanii uliczni kaznodzieje, którzy ośmielają się głosić biblijną naukę moralną, że czyny homoseksualne są grzechem, bywają przetrzymywani w areszcie i skazywani na kary pieniężne. W tym samym kraju ustawa edukacyjna nakazuje nauczać w chrześcijańskich szkołach, że aborcja, „związki partnerskie” i homoseksualizm są czymś „normalnym i niewinnym”. Natomiast nie dostrzega się problemu w tym, by aktywiści antychrześcijańscy i gejowscy demonstrowali w Kościołach podczas nabożeństw, jak to miało miejsce w Holandii i Włoszech, profanowali symbole chrześcijańskie podczas Gay Pride w Rzymie, czy atakowali festiwal chrześcijańskiej młodzieży w Niemczech, wykrzykując hasła: „nigdy więcej Jezusa” i „masturbacja zamiast ewangelizacji”.

Nawoływanie przez autorów do jakiejś ideologicznej awantury przeciw Kościołowi rzymskokatolickiemu z racji tego, że w sprawach wyświęcania kobiet i aktywnych gejów oraz udzielania homoseksualistom ślubów zajmuje stanowisko bliższe Biblii niż liberalni teologowie protestanccy, co pociąga za sobą nadto sprzymierzanie się z ateistami i antyklerykałami, którzy tenże Kościół za to zdecydowane opowiedzenie się po stronie biblijnego nauczania w tej sprawie atakują, to świadectwo, do jakich nonsensów prowadzi patrzenie na Kościół przez polityczne, liberalno-lewicowe okulary.

Nie jest bynajmniej tak, jak przekonują autorzy, że hierarchowie Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce odrzucają liberalne nowinki całkowicie arbitralnie: „nie, bo nie” Otóż nie muszą w taki sposób tego czynić, albowiem argumentów dostarczają im dokumenty kościelne. Powstają też i w Polsce różne prace na odnośne tematy. Wymienię tutaj dla przykładu książki ks. A. J. Nowaka, emerytowanego profesora KUL, psychologa i teologa duchowości, Kapłaństwo kobiety – tak i nie, ks. J. Załęskiego, profesora Nowego Testamentu z UKSW, Obraz kobiety w listach Nowego Testamentu, gdzie dyskutowane są m. in. sporne teksty Pawłowe, opracowanie zbiorowe Homoseksualizm – sprawa prywatna? z ważnym tekstem profesor psychiatrii W. Półtawskiej, wreszcie filozofa i publicysty T. Terlikowskiego Tęczowe chrześcijaństwo. Homoseksualna herezja w natarciu, Robienie dzieci. Terlikowski śmiało o in vitro i in. Autorzy o takich pracach nie zająknęli się nawet słowem. Ignorancja? Być może. Ale raczej świadome przemilczenie. Bowiem wszystkie te głosy nie są po myśli autorów, zatem z pewnością nie mogą zawierać tego, co utożsamiają oni z „uczciwą egzegezą”. Dlatego K. Bem i J. Makowski „nie marnują czasu” na dyskusję z poglądami przeciwnymi, po prostu je wyśmiewają.

Jest jednak coś, co w tym tekście cieszy. Mianowicie jego ton, który świadczy o zniecierpliwieniu i frustracji. Bo oto już w 1999 roku odbyło się sympozjum zorganizowane przez Konsystorz Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, Światową Federację Luterańską i Chrześcijańską Akademię Teologiczną na temat miejsca i roli kobiety w Kościele, gdzie propagowano ordynację kobiet, sugerując, że nie ma ku temu przeszkód teologicznych. Podobne stanowisko zajęła kilka lat później Komisja Teologii i Konfesji. Sprawa jednak została zastopowana. Taktycznie odwołano się do przeszkód praktycznych, kulturowych i ekumenicznych. Ale zapewne niepoślednie znaczenie ma opór konserwatywnej części wiernych, dla których mimo uczonych wywodów liberalnych teologów ordynacja taka pozostaje niebiblijna.

Nie do końca powiodła się też chyba, zapoczątkowana w 2011 r. publikacją kilku tekstów na łamach „Jednoty”, akcja wywołania w Kościele ewangelicko-reformowanym, gdzie dopuszcza się już ordynację kobiet, „debaty”, która miałaby doprowadzić do przyzwolenia na ordynowanie osób homoseksualnych. Przeciw takiej możliwości wypowiedział się dobitnie bp senior ks. Z. Tranda, który, nota bene, został z tej racji w artykule K. Bema i J. Makowskiego potraktowany nader lekceważąco. Okazuje się, że w Polsce, gdzie sekularyzacja nie dokonała jeszcze tak głębokich spustoszeń w świadomości religijnej jak w Europie Zachodniej, która jest oczywiście dla autorów forpocztą „cywilizacji”, forsowanie liberalnych nowinek nie będzie łatwe. I to bynajmniej nie tylko dlatego, że, jak twierdzą autorzy, ewangelicy nie chcą narażać się Kościołowi rzymskokatolickiemu.

Warto na koniec zapytać, czy taki postmodernistyczny i newage’owy „protestantyzm”, który uderza w Boży porządek stworzenia, dekonstruując różnice pomiędzy Bogiem i człowiekiem,  upadkiem i zbawieniem, historią i eschatologią, mężczyzną i kobietą, grzechem i sprawiedliwością, Prawem i Ewangelią, ma być jedyną propozycją dla ewangelicyzmu? Czy tym razem Kościoły protestanckie mają podążyć drogą ostatecznie zdawać by się mogło skompromitowanej w XX w. gnozy politycznej, immanentyzującej mit mówiący o tym, że zbawienie można zrealizować w doczesności wbrew Prawu Bożemu, postrzeganemu dziś w duchu S. Freuda jako opresja, z której trzeba się wyleczyć, i bez oglądania się na Łaskę, która niby to tylko poniża autonomicznego człowieka?

Wierzący biblijnie chrześcijanin odpowie zapewne na te pytania negatywnie i przeciw takiej zideologizowanej karykaturze protestantyzmu zaprotestuje.

 

Informacja o autorze:

Dariusz Bawoł – dr nauk hum., literaturoznawca i teolog. Wierny Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego. 

comments